szukaj
 
Dziś jest:
 
ARCHIWUM HISTORII MÓWIONEJ
    archiwum historii mówionej / TADEUSZ KASZUR
TADEUSZ KASZUR „Maciek”

Rocznik: 1929
Funkcja, stopień: nie podany
Formacja: Szare Szeregi
Dzielnica: Ochota
Strona: [1] [2] [3] [4]
Jeszcze przed lipcem, kiedy właściwie wszystko się gotowało i ten front się zbliżał i właściwie wszyscy byli przekonani, że to Powstanie musi wybuchnąć i to lada moment, to oczywiście mieliśmy normalną pracę konspiracyjną polegającą na tym, że kolportowaliśmy te wszystkie nielegalne gazetki, mieliśmy opiekę harcerską nad grobami polskich żołnierzy na cmentarzach. Grobami polskich żołnierzy z 1939 roku. Mieliśmy opiekę nad, to trzeba było robić oczywiście bardzo dyskretnie i ostrożnie, nad miejscami rozstrzeliwania Polaków na ulicach Warszawy. Pamiętam, raz zupełnie przypadkowo zaplątałem się i byłem świadkiem takiego rozstrzelania kilkudziesięciu Polaków na [ulicy] Piusa. To jest nie do opisania... tego rodzaju przeżycie...
Malowaliśmy wszelkiego rodzaju „Polska walczy”, różne hasła. To żeśmy robili w kilka osób, bo trzeba było mieć obstawę i trzeba było być dobrym sportowcem i sprinterem, żeby w razie czego wiać. Bo to wiadomo było, że jakby nas chwycili, to ciężko byśmy za to odpowiadali. Ale to miało pewien posmak niebezpieczeństwa. Tak to było. Ale to tym bardziej dodawało jakiegoś smaczku i było tak, że im bliżej jakiejś placówki niemieckiej, tych żandarmów, udało się coś takiego wymalować, to tym większa była chwała i zasługa.

Wróćmy teraz do Powstania. Gdzie i kiedy pan walczył?

Nadszedł 1 sierpień i pożegnałem się ze swoją mamą i tatą i pomaszerowałem na punkt zbiórki mojej drużyny, który był niedaleko szkoły Szajchtmajerowej na Ochocie. To było tak troszkę na obrzeżach Ochoty. Szkoła Szajchtmajerowej była celem grupy powstańczej, która tam była skoncentrowana, a szkoła była obsadzona przez oddział niemiecki. Ten oddział, o ile wiem, a zresztą się później przekonaliśmy, nie był duży, bo liczył sobie kilkadziesiąt osób, ale był uzbrojony rzeczywiście „po zęby”. Nasze uzbrojenie było prawie żadne. To był jeden pistolet maszynowy, parę karabinów i głównie granaty – i to tak zwane sidolówki polskiej produkcji, zresztą całkiem dobre. Celem oczywiście było zdobycie tej szkoły i to zupełnie nie wyszło, bo szkoła była otoczona takim płaskim terenem. Myśmy leżeli plackiem na ziemi, a Niemcy z karabinów maszynowych, prali na około tak, że nie można było głowy podnieść. Wobec tego ten cel się nie udał. Zresztą, jak się w krótkim czasie przekonaliśmy, znakomitej większości, dziewięćdziesięciu procent albo i ponad dziewięćdziesięciu procent celów Powstania Warszawskiego na Ochocie, nie udało się opanować. Nie udało się opanować tych obiektów, które miały być opanowane. Pamiętam, że największe straty powstańcy ponieśli atakując dom akademicki. Bo wystarczy popatrzeć nawet dzisiaj na dom akademicki, zobaczyć: co to jest za kolos. Zdobycie miało być takie jak wszystkie pozostałe cele. Miał grać głównie motyw zaskoczenia, bo uzbrojenie było, co najmniej, nędzne. A ten dom akademicki na przykład, jak się na niego patrzy dzisiaj to widać, jaki to moloch. A po drugie, jak był przecież otoczony drutami kolczastymi, na około była [wielka] płaszczyzna, wszystko było wycięte tak, że przeskoczenie nawet tych drutów pociągnęło za sobą olbrzymie straty w atakujących ludziach powstańczych. Krótko mówiąc: nie udało się tego obiektu opanować [tak], jak i pozostałych. Z wyjątkiem, o ile wiem, to tylko jeden obiekt został zdobyty w czasie tych ataków po siedemnastym – to był tak zwany „Antonin”, gdzie udało się wyprzeć Niemców i gdzie udało się zdobyć sporą ilość broni.
Wracając do Szachtmajerowej – nie udało się oczywiście tego budynku zdobyć. My żeśmy oblegali tą szkołę Szachtmajerowej przez ładnych parę godzin, aż do zmierzchu. Niemcy się chyba nie orientowali, że mają do czynienia z tak słabym przeciwnikiem, ale, w każdym bądź razie, nie zrobili kroku na zewnątrz. Byli zamknięci. Dotarł do nas łącznik z rozkazem stawienia się w określonym punkcie zgrupowania żołnierzy AK. I tak żeśmy się przenieśli zostawiając szkołę „Szachtmajerowej, do której żeśmy w zasadzie weszli. Ale to może później...
Okazało się, że do tego punktu ściągnęły właśnie oddziały, które nie poradziły sobie ze spełnieniem tych wszystkich rozkazów, które dostały [na] opanowanie poszczególnych obiektów. Było tam wówczas naczelne dowództwo Ochoty z pułkownikiem Grzymałą na czele. To była noc, padało. Jak żeśmy wyruszyli o siedemnastej, to była piękna pogoda, ale chwilę później zrobił się już dżdżysto, w nocy padało. Leżeliśmy na tej ziemi przemoczeni w nastrojach paskudnych, bo wszyscy, którzy zostali tam zgrupowani, to każdy sobie przekazywał wiadomości: gdzie był i co z tego wyszło. Okazało się, że nic z tego nie wyszło. Wszędzie Niemcy opanowali sytuację. Wydawało się, że ta sytuacja jest przegrana, jest bez wyjścia i wówczas zapadła decyzja, był komunikat pułkownika Grzymały wyjścia do lasów Chojnowskich z Warszawy i ewentualnego przebijania się do Warszawy z drugiej strony. Od strony południowej. Z tym, że nie wszyscy wyszli. Część pozostała. Nasza drużyna łączności pozostała, a bardzo wiele pododdziałów powstańczych, nie dostało tego rozkazu połączenia się. Po prostu łącznicy, nie dotarli. Jak żeśmy nad ranem wracali w okolice domu akademickiego, to okazało się, że całkiem spora liczba powstańców została. Zjawił się wówczas bardzo odważny, prężny oficer pseudonim „Gustaw”. To był oficer broni, który też pozostał w Warszawie, nie wyszedł. Był na Ochocie, i który skupił tych wracających powstańców pozostających na Ochocie. Mieliśmy o tyle wówczas szczęście, że w tym jedynym zdobytym przez powstańców obiekcie, w tym „Antoninie” stało dwie, czy trzy ciężarówki i one były wyładowane nie tylko mundurami, jakąś żywnością, ale przede wszystkim bronią. Było sporo broni i to ciężkiej. Były nawet pancerfausty, które się potem bardzo przydały. Fakt, że możliwość zdobycia, że tak powiem „zdobycia”, tej broni pozwolił na uzbrojenie tego oddziału, który liczył sobie około dwustu ludzi. Może trochę więcej. I który na ówczesne warunki powstańcze, biorąc pod uwagę te warunki oddziałów powstańczych w innych dzielnicach Warszawy, dzięki tej broni został całkiem dobrze uzbrojony i przedstawiał sobą dosyć dużą siłę ogniową. A przecież po drugiej stronie Grójeckiej, bo to było od strony ulic Kaliskiej, Barskiej, […], ta okolica, po drugiej stronie Grójeckiej, po drugiej stronie tego domu akademickiego uformowała się potem druga grupa, która potem została poznana jako „Reduta Wawelska”. Porucznik „Gustaw” sformował nas tam wszystkich i muszę powiedzieć, że wszyscy mieliśmy dużo szczęścia, bo wydawało się, że 2 sierpnia, nawet jeśli ta grupa powstańców została, to powinni nas w puch rozbić Niemcy. Czy oni nie mieli wówczas żadnego rozeznania? – ale, w każdym bądź razie, nie zrobili kroku w przód, ze wszystkich swoich obiektów łącznie z tym domem akademickim. Jak tam się zabarykadowali, tak się zabarykadowali. Mało tego. Ten oddział żołnierzy niemieckich, który obserwował szkołę Szachtmajerowej, w której nic nie mogliśmy zrobić, sam się wycofał pozostawiając bardzo dużo rzeczy w postaci mundurów, hełmów, broni i oni się wycofali. I my wówczas tą Szachtmajerową [zdobyliśmy]. Trzeciego to było sierpnia, weszliśmy do tej szkoły i dzięki temu żeśmy się wzbogacili w brud we wszystko. Te mundury to była jakaś korzyść i trochę żywności.
Głównym ośrodkiem, który został zorganizowany przez porucznika „Gustawa” była na ulicy Kalickiej fabryka farmaceutyków „Nasierowskiego”. To był punkt zasadniczego oporu, a drugi był tak zwany „Monopol tytoniowy”, który był o tyle ważnym punktem, że miał bezpośredni wgląd w ulicę Grójecką, a proszę nie zapominać, że ulica Grójecka to była jedyna możliwość ich komunikacji Wschód–Zachód. Od samego początku, od 2 sierpnia przejeżdżały tam ciągle takie czy inne transporty wojska, między innymi wojska pancerne. Dzięki temu, że z jednej strony była „Reduta Wawelska” a z drugiej strony była „Reduta Kaliska”, my żeśmy mieli wgląd szczególnie od strony tego monopolu. Ale nie tylko od strony „Monopolu”, bo też od ulicy Barskiej. I potem była placówka na ulicy Niemcewicza, gdzie te wszystkie transporty niemieckie były atakowane. Także tutaj zasługą porucznika „Gustawa” i porucznika „Poboga”, to też jest pseudonim. Specjalnie wspominam, bo porucznik „Pobóg’’ ,to był zastępca „Gustawa”, ale on dowodził w tym monopolu, na którym skupiła się cała wściekłość ataku niemieckiego. Rzeczywiście stamtąd im bardzo przeszkadzano. Dziesięć dni oporu tej „Reduty Kaliskiej” i tej „Reduty Wawelskiej” to jednak dało duży oddech oddziałom powstańczym walczącym w Śródmieściu. Jednak te wojska niemieckie zostały tutaj zatrzymane. Oni zaatakowali na Woli. Co się stało na Woli doskonale wiemy. Atakowali na Ochocie. Dopóki oni nie opanowali ulicy Grójeckiej i tej możliwości swobodnego przejazdu bez atakowania ich, to jednak te oddziały powstańcze w Śródmieściu miały chwilę oddechu. Mogły się jakoś zorganizować, dozbroić, w ten czy w inny sposób się wystawić. Pozostałe dni, które żeśmy spędzili wówczas w tej Reducie Kaliskiej, mniej więcej od 3 sierpnia, tak jak powiedziałem, to było wtedy, kiedy żeśmy zajęli między innymi szkołę Szachtmajerowej.
[Potem] rozpętało piekło, bo oni usiłowali za wszelką cenę zniszczyć te nasze punkty oporu i spowodować to, że ta przelotowa dla nich ulica Grójecka stanie się rzeczywiście ulicą przelotową i bezpieczną. To były głównie ataki artyleryjskie, ale również ataki bezpośrednio czołgów. I tak sobie przypominam doskonale, to był chyba 4 sierpień, na samym początku, kiedy od przejeżdżającej kolumny pancernej rozstrzelanej na ulicy Grójeckiej odłączyły się dwa czołgi i skierowały się w kierunku naszej „Reduty”, czyli w kierunku fabryki „Nasierowskiego”. Tam, na szczęście, były dwie (można zobaczyć dzisiaj) dosyć wąskie ulice. Manewrowanie tym czołgiem nie było takie najprostsze. Kiedy oni dotarli na ulice Kaliską i zaczęli obstrzeliwać bezpośrednio fabrykę „Nasierowskiego”, wówczas jeden z tych czołgów został uszkodzony. Został do tego użyty pancerfaust. Kilka tych pancerfaustów żeśmy uzyskali wówczas ze [zdobytego] „Antonina”. To była bezcenna broń, bo bez tego nie wiadomo, jak z tymi czołgami sobie poradzić. I drugi [czołg] został też uszkodzony. Załoga częściowo uciekła, częściowo padła uciekając. To był największy sukces, to wzbudziło rzeczywiście entuzjazm. Ta wygrana walka z wozami pancernymi i możliwość dalszego oporu i dalszego kontrolowania ulicy Grójeckiej. Ale nacisk wzmagał się coraz bardziej. Rzecz nie polegała tylko na tym, że nas ostrzeliwano: wybuchały pożary, waliły się budynki, na łeb się waliło, ale na tym, że atakowali wręcz. Atakowały nas hordy pijanych, jak myśmy to wówczas określali, Ukraińców. Ale to nie byli Ukraińcy, to byli tak zwani ronowcy. Jak żeśmy się potem przekonali prowadzeni przez takiego bandziora, Kamiński on się nazywał, ten ich dowódca. Którzy atakowali pijani. Oni byli uzbrojeni po zęby, atakowali pijani. I te punkty oporu wytrzymywały te ataki i rzeczywiście oni ponosili ogromne straty, tak, że nie byli w stanie mieć jakiś większych sukcesów. Nie mniej dzień w dzień, noc w noc tego rodzaju ataki musiały się wreszcie skończyć tym, że z niektórych punktów, obsadzanych przez nas, musieliśmy się wycofać. Między innymi ze szkoły Szachtmajerowej, która została obsadzona przez nas, też musieliśmy się wycofać. I z innych miejsc. Z ulicy Barskiej, z niektórych miejsc trzeba było się wycofać i główne punkty oporu zostały w fabryce „Nasierowskiego” i w „Monopolu Tytoniowym”.
Czy były duże straty wśród powstańców? Tak, były. Było dużo rannych. Byli oczywiście i zabici. Funkcjonował szpital powstańczy, który był początkowo na ulicy Kaliskiej, ale potem został zniszczony podczas bombardowania i przeniesiono [go] na Jatejki, notabene szefem tego szpitala powstańczego był brat mojego ojca. A ojciec mój był też w tym oddziale porucznika „Gustawa”, ale muszę powiedzieć, że miałem minimalną styczność z ojcem wówczas, bo byłem gdzieś indziej. W czasie tych dziesięciu dni Powstania na Ochocie widziałem się z ojcem dwa razy. Raz i drugi raz jak żeśmy opuszczali Ochotę i to było zresztą moje ostatnie widzenie z ojcem. Ten szpital powstańczy był prowadzony przez brata mego ojca. To był lekarz. Brat nazywał się Bertold Kaszur pseudonim „Adamski” – był podporucznikiem, tak jak mój ojciec. On też był podporucznikiem o pseudonimie „Szatkowski”. Wściekłe ataki ronowców, które się tak powtarzały w końcu doprowadziły do tego, że i ten punkt oporu został właściwie zlikwidowany do monopolu tytoniowego i do fabryki „Nasierowskiego”. Ale muszę powiedzieć, że ponieśliśmy olbrzymie straty dlatego, że w nocy doskonale było słychać te ich wrzaski, krzyki... Oni byli pijani. Pili wódkę tam. I porucznik „Gustaw” dwu- czy trzykrotnie, już nie pamiętam, urządził tak po sienkiewiczowsku, mogę powiedzieć, „wycieczkę”. Ci, którzy poszli wówczas, zostali wytypowani do zaatakowania ich. Oni się nie spodziewali, że możemy być na tyle bezczelni, żeby jeszcze ich zaatakować. Rzeczywiście oni ponosili wówczas, w czasie tych „wycieczek”, bardzo duże straty. Niemniej ten nacisk się wzmagał. Nie mogąc sobie poradzić z nami tylko [za pomocą] ataków bezpośrednich oraz ostrzeliwaniem artyleryjskim, użyli wreszcie goliardów. Między innymi do zlikwidowania „Monopolu tytoniowego”. W końcu porucznik „Pobóg’’ prowadzący wówczas [akcję] w monopolu tytoniowym powziął decyzję, nie mógł podjąć innej, że musi się jednak stamtąd wycofać. Wycofanie się stamtąd odbyło się bez żadnego popłochu, normalnie, spokojnie, z bronią. I wówczas wszystko skoncentrowało się tylko i wyłącznie w fabryce „Nasierowskiego”. To, że fabryka „Nasierowskiego”, przy tak przeważających siłach na około, musi paść, to nie było już wtedy żadnych wątpliwości, że koniec nasz musi być bliski. Wówczas mogła zapaść jedyna decyzja i taka zapadła. Podjął ją porucznik „Gustaw”. [Musieliśmy] wycofać się z Warszawy do lasów Chojnowskich. Czyli taką drogą, jak wycofał się pułkownik Grzymała pierwszego sierpnia. Notabene myśmy wówczas jeszcze wcale nie wiedzieli o tym, że ta grupa Grzymały wycofująca się z Warszawy do lasów poniosła krwawe i ogromne straty w Pęcinach. Ta prawda do nas dotarła dużo później.
Strona: [1] [2] [3] [4]
 
 
Muzeum Powstania Warszawskiego ul. Grzybowska 79, 00-844 Warszawa
tel.: 22 539 79 05, 22 539 79 06 fax: 22 539 79 24 e-mail: kontakt@1944.pl
Konto Bankowe: Bank Pekao SA XIII O. w Warszawie 59 1240 2034 1111 0010 0305 0115
© 2005 Wszelkie Prawa Zastrzeżone | Redakcja