szukaj
 
Dziś jest:
 
ARCHIWUM HISTORII MÓWIONEJ
    archiwum historii mówionej / WALDEMAR POMASKI
WALDEMAR POMASKI „Klawy”

Rocznik: 1927
Funkcja, stopień: kapral
Formacja: „Waligóra”
Dzielnica: Wola, Stare Miasto, Śródmieście
Strona: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]

Państwo przez cały wrzesień byliście w Warszawie?

Cały czas. Mieszkanie zostało spalone, wszystko, więc można powiedzieć, trochę było kłopotów. Dla nas, jako dzieciaków, to mniejszy kłopot. Zawsze musieli coś dać jeść i to wszystko, a przespał się człowiek wszędzie, gdzie kawałek miejsca znalazł. A rodzice już myśleli inaczej troszeczkę, bo tak: cały dobytek, który tam był – zginął, to trzeba było szukać sobie czegoś innego. Przeprowadzać się tam, gdzie jeszcze można było miejsce znaleźć i ewentualnie gdzie stać było rodzinę, żeby to można wynająć.

Gdzie się państwo przenieśliście po spaleniu mieszkania?

Na Krochmalną. Tam żeśmy mieszkali później, znaczy do końca. Tam, gdzie była pracownia wyrobów celuloidowych, to żeśmy mieszkali. Później częściowo do starego rodzinnego mieszkania mamy rodziców, na Leszno [się przenieśliśmy].

Kiedy się przeprowadziliście państwo na Krochmalną? Jak zaczęto budować getto?

Myśmy mieszkali na Krochmalnej już po śmierci Piłsudskiego. Chyba tak 1935, 1936 rok, pracownia powstała. A już w czasie wojny, to żeśmy się tam przeprowadzili. Mieszkanie, które było można powiedzieć dziadków czy mamy, to było cały czas. Tam mieszkał brat mamy i później było czynne do Powstania. Było jako noclegownia dla osób, które przyjeżdżały i tak dalej. Można powiedzieć, było na usługach rodziny. Mnie to nie interesowało, ale tak było. Tak przeszedł okres do śmierci brata. Bo jak już brat zginął, to już się zaczął inny troszeczkę okres, bo wtedy już wstąpiłem do [konspiracji].

Jeszcze proszę mi powiedzieć, jak po kapitulacji Warszawy zaczęła się okupacja, jak pan pamięta te pierwsze dni?

Skończyła się wojna, można powiedzieć, ustały bombardowania i ustała strzelanina, pociski i tak dalej. W tym czasie my żeśmy wiedzieli o tym, że na terenie przykościelnym stało wojsko, na ulicy Karolkowej, chyba [kościół] Świętego Klemensa, tak to się nazywało. Myśmy poszli zobaczyć, czy wojsko jeszcze jest. Co im można pomóc, albo coś tam od nich skorzystać. Skorzystać, to znaczy kawę z mlekiem, która była w cukrze, to była pożądana w tym czasie. Tam żeśmy zobaczyli duże ilości broni, amunicji. Pytamy się tego kapitana chyba, (jako harcerze) co z tym będzie? On mówi: „Nie wiem co będzie. Zastanowimy się.” To myśmy powiedzieli: „Czy tu można coś z tego pożyczyć?” On mówi: „Nawet i wszystko, tylko nie teraz.” To wojsko się ulotniło.
Część broni maszynowej, to oni zamki powyjmowali po prostu, a reszta została. Karabiny to były do dyspozycji, amunicja i tak dalej, i dużo było dynamitu. Znaczy skrzynki z dynamitem, ale bez spłonek. Więc my żeśmy troszeczkę zaczęli, jak to się mówi, gospodarować się tym. Trochę się zakopało na terenie przykościelnym, resztę się wyniosło.
Obok, gdzieś dalej była fabryka, na Krochmalnej 87 chyba, gdzie składali radia, Koronę. Tam była gospodyni, mówiąc inaczej dozorczyni, i córka tej dozorczyni z nami razem trochę pracowała przy tym kamuflowaniu broni, czy roznoszeniu. Życie później zrobiło korekty takie czy inne. Spotykamy z kolegą (ona się Danka nazywała, ale jak nazwisko, teraz naprawdę już nie wiem, jakieś niemieckie troszeczkę było), ona idzie ze swastyką w klapie.
Myśmy się popatrzyli, jakiś Niemiec się kręcił obok. Myśmy się popatrzyli, ci przeszli dalej i mówimy: „Co będzie teraz? Co będzie teraz?” Ona przecież wiedziała o niektórych schowkach i tak dalej. Co ciekawe, ona dzień, czy dwa [później], już nie pamiętam dokładnie, zadzwoniła i powiedziała, że: „To, co żeśmy robili w czasie wojny to jest naszą sprawą, a co teraz ja robię, to jest moja sprawa i mojej mamy.” I nikt nikogo nie wydał. Za co, można powiedzieć, pochwała i dzięki, bo można było w dobrej wierze wszystko przypomnieć, czy powiedzieć i tak by doszli do sedna tej sprawy.
My żeśmy przed Powstaniem, chyba w czerwcu, część broni wydostali z tego przykościelnego sadu, czy ogródka, bo kiedyś był sad tam, później to był ogródek. Część tego się wykorzystało. Dynamit się wykorzystało. Część broni była tak zniszczona, że nie było nawet możliwe [wykorzystanie]. Ale amunicja, która była w skrzynkach, znaczy przeciwpancerne pociski karabinowe, przeciwpancerne i normalne [przydała się]. Aha, jeszcze był karabin przeciwpancerny, to myśmy nie bardzo wiedzieli o co to chodzi, co za długa lufa była. Nam się udało ten karabin schować. W Powstanie, co prawda, udało się go wyciągnąć, ale to nie było do użytku. […]

A wie pan co się później stało z tą dziewczyną?

Nie wiem, prawdopodobnie, tak przypuszczam (oni pochodzili z Płocka), że być może oni przeszli na obywatelstwo niemieckie, zostawili tą zaszczytną funkcję dozorcy i się przenieśli. Nie wiem co się później z nią stało, czy żyje czy nie żyje. Więcej jej nie widziałem za wyjątkiem, że ona wtedy tu przyszła i powiedziała taką koleżeńską rozprawę do mnie, nie do rodziców. Poprosiła mnie, żebym zszedł, pogadał z nią trochę. Więcej nie widzieliśmy się.

Z czego się państwo utrzymywaliście w czasie okupacji?

Ojciec, rodzice w ogóle, to był, można powiedzieć nie handel, ale z wytwórni tych rzeczy, tak zwanych [wyrobów celuloidowych]. To były kwiaty. Teraz musieliby zbankrutować, bo by Chińczycy ich zarzucili. A w tym czasie to był taki ewenement, że to było niespotykane, żeby z plastiku można było kwiaty tworzyć. Ojciec troszkę miał smykałki, troszkę z mechaniką miał coś wspólnego. Projektował różne formy i robili, wycinali plastik i później tworzyli z tego kalie, nenufary. Takie, które nie miały za dużo wypukłości i to szło na sprzedaż, mówiąc krótko. To był zysk w okresie jesienno-zimowym.

W czasie okupacji też działała ta fabryczka?

Tak, tak. To można powiedzieć, do [śmierci] brata, do 1942 roku na pewno, a później każdy już miał swoje życie inne po prostu.

Jak bardzo zmieniło się pana życie w stosunku do tego przed wojną?

Przed wojną? To dzień do nocy! Dzień do nocy po prostu. Tutaj nie był człowiek skrępowany, za wyjątkiem nauki i jakichś wycieczek. Okupacja, pierwsze święta Bożego Narodzenia, to już inaczej wyglądał dom.
Z drugiej strony tu [kogoś aresztowali], tam kogoś aresztowali. Już nie mówię o Wawrze, który był jakby falą smutku, ale chyba też jedna z organizacji... Powiedziałbym organizacja, ale co to znaczyło, to człowiek nie bardzo wiedział, słyszał, że tak jest – to też została aresztowana, czy sprzedana, czy ktoś zadenuncjował. Tam też był kolega ojca, nazywał się pan Antosiewicz, więc niedobrze było. Znaczy w domu nikt się nie biczował, ale była przykrość. Nie było śmiechów, nie było niczego, nie było gości. Rodzinna atmosfera, to jako dziecko, to człowiek to odczuwał, że to jest nie to, mówiąc krótko. I tak okupacja przechodziła.
Ważne było, żeby było co jeść. To już rodzice myśleli o tym, a człowiek musiał w domu gospodarować się tym co mógł, do szkoły chodzić i uczyć się, bo tak kazali.

Gdzie pan kontynuował naukę?

Chodziłem do powszechniaka w tym czasie, a skończyłem w 1942 roku. Już miałem myśli, że nie było gimnazjum, tylko były komplety i udało się gdzieś tam zahaczyć, przeszkolenie. […] Później zacząłem chodzić na komplety tak zwane, można było. Ale zależy jakie kto miał mieszkanie, żeby się można było spotykać. Był obowiązek coś tam się nauczyć, trochę książki [poczytać], zabarwić umysł jakimiś wiadomościami, które były potrzebne mniej więcej. Tak można powiedzieć.

Co działo się z ludnością żydowską?

To jest chyba sprawa powszechna, można powiedzieć, że zaczęli, chyba w 1940 roku, jak się nie mylę był początek. Znaczy z początku musieli gwiazdy, nie gwiazdy nosić. Później zaczęli ich zaganiać do gett, czy do miejsc wyznaczonych. Różne było życie tych ludzi, bo z początku nas jako młodych, to tak jak [Żydzi] szli w szeregu, czy jak z tobołami, albo jechali skądś spoza Warszawy, trochę to śmieszyło... Nikt nie płakał, ale tak troszkę było głupio po prostu, bo mieszkali, a idą. A tutaj w okolicy też przecież były żydowskie sklepy. Były ładne cukiernie na Chłodnej, czy na Wolskiej. Okazuje się, że też byli Polacy wyznania mojżeszowego, więc i śmieszyło i trapiło. Z początku można się śmiać, ale później trzeba płakać. Może z przyjaciół, kolegów, to dwóch się utrzymało, można powiedzieć do Powstania. Znaczy po stronie aryjskiej i w konspiracji byli i tak dalej. Przeżyli i trafili później do Związku Radzieckiego na przejażdżkę, wrócili po dziesięciu latach i wyjechali rzekomo do swojej ojczyzny. Byli wyznania mojżeszowego.
Strona: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
 
 
Muzeum Powstania Warszawskiego ul. Grzybowska 79, 00-844 Warszawa
tel.: 22 539 79 05, 22 539 79 06 fax: 22 539 79 24 e-mail: kontakt@1944.pl
Konto Bankowe: Bank Pekao SA XIII O. w Warszawie 59 1240 2034 1111 0010 0305 0115
© 2005 Wszelkie Prawa Zastrzeżone | Redakcja